Gdybym mogła wynająć niebo…,  to zapukałabym do muzycznych drzwi Roberta Kasprzyckiego. Jako nastolatka zasłuchiwałam się w tym kawałku, a dziś mogę rozmawiać z moim idolem – artystą obdarzonym wielką charyzmą, feelingiem i poczuciem humoru. Podobno, kto raz był na jego  koncercie, zawsze wraca… 

Gdybym mogła wynająć niebo…,  to zapukałabym do muzycznych drzwi Roberta Kasprzyckiego [wywiad]
Robert Kasprzycki – fot. A. i M. Kanik/materiały autora, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

Od siebie mogę powiedzieć, że kto raz dostał od niego jurorskie „lanie” (czyli ja na Śpiewać Każdy Może w Rotundzie), spróbuje po latach inną drogą dotknąć świata, o którym Pan Robert Kasprzycki pisze, komponuje i śpiewa – precyzji niedomówionych znaczeń, gładkich dźwięków, swobody wykonania.

↓ Kontynuuj czytanie po reklamie ↓

Robert Kasprzycki to polski poeta, pieśniarz, wokalista, muzyk i kompozytor, a także tłumacz, felietonista, recenzent (literacki i muzyczny), twórca kabaretu Zielone Szkiełko. Ukończył filologię polską na krakowskim Uniwersytecie Pedagogicznym, podjął też studia doktoranckie, których przerwanie zbiegło się z jego debiutem na rynku muzycznym płytą Niebo do wynajęcia (1997), ale już wcześniej środowisko artystyczne poznało go jako wykonawcę piosenki poetyckiej i gitarzystę lokalnych formacji rockowych.

Artysta ma na swoim koncie kilka płyt i singli, jest laureatem wielu konkursów poetyckich i festiwali m.in. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie, XX Spotkań Śpiewajmy Poezję w Olsztynie, konkursu o Złamane Pióro, V Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Studenckiej Łykend we Wrocławiu. Naprawdę trudno w kilku zdaniach przedstawić jego liczne dokonania twórcze, w tym współpracę z wieloma polskimi artystami m.in. Jackiem Wójcickim, Beatą Rybotycką, Januszem Radkiem czy folkową grupą Carrantuohill.

Carrantuohill & Robert Kasprzycki, czyli czerwcowy koncert w ramach kampanii ekologiczno-artystycznej Zielona Wyspa Śląsk. Jakie emocje towarzyszą ponownemu graniu „na żywo”?

Mieszanka ulgi, euforii i żalu – bo niby gramy znowu, ale publiczność siedzi w maseczkach i jest jej połowa. Gdzieś pod czaszką mamy zakodowane, że wszystkie miejsca powinny być zajęte i że widzimy uśmiechy, reakcje, śpiew, a na scenę sypią się pluszowe maskotki. (śmiech!)

Krakowski bard w piosenkach irlandzkich?

No, nie do końca krakowski i nie do końca bard. Uczyłem się grania i śpiewania na bardzo różnych gatunkach i stylach, a jednym z nich była muzyka celtycka – obok flamenco i muzyki bałkańskiej to mój ulubiony „folk”. Zresztą swego czasu tak myśleli koledzy z Carrantuohill – nasza przygoda zaczęła się w 2002 roku od koncertu w Trójce na Świętego Patryka. Pomysł był taki, żeby wyrwać trzy postaci z różnych gatunków – Ewę Bem z jazzu, Sławka Wierzcholskiego z bluesa i mnie z poezji śpiewanej. Okazało się, że między nami zaiskrzyło, bo znałem sporo piosenek, które mieli w repertuarze. No a potem ograliśmy masę klubów folkowych, teatrów muzycznych i kilka Woodstocków.

Zobacz:   1000 słów o budownictwie: Kamień. Inżynier opowiada
Z Januszem Radkiem zaczął Pan grać wiele lat temu w barze sałatkowym Chimera…  Wasze wspólne spotkania z publicznością trwają po dziś dzień. Ostatnio 28 maja 2021?

Robert Kasprzycki: Chimera była tylko częścią działań – wcześniej zagraliśmy kilka recitali w krakowskich klubach, ale perspektywa darmowego obiadu, czy raczej kolacji, tudzież wpływu z biletów, była skutecznym wabikiem. (śmiech!) Poza tym mogliśmy sprawdzić, kto przychodzi na nasze koncerty. A wspólny koncert po latach to prawdziwa niespodzianka. Ale raczej jednorazowa – zagraliśmy prywatny koncert dla naszych fanów świętujących okrągłą rocznicę ślubu.

Koniec maja/początek czerwca to bezpłatne warsztaty wokalne śpiewamy z Robertem Kasprzyckim dla dzieci i młodzieży (głównie z niepełnosprawnościami) realizowane w plenerze Krakowa. Wspaniały projekt. Skąd taki pomysł?

Robert Kasprzycki: Mój kolega Arek Nowak jest prezesem fundacji wspierającej aktywność młodzieży niepełnosprawnej. I wśród wielu jego wizji, pojawił się pomysł współpracy z młodzieżą na zasadzie wspólnych działań muzycznych. Spotkamy się kilka razy, napiszemy piosenkę, połazimy po Krakowie, nakręcimy teledysk. Myślę, że będzie to super przygoda, bo zajrzymy do ciekawych miejsc, odwiedzimy studio, pomuzykujemy, a Kraków zapewni stosowną scenografię.

Skoro uparłam się na prześwietlanie Pańskiej aktywności artystycznej w maju, to przenieśmy się na moment do ubiegłorocznego i… #hot16challenge2.  Tekst tego „wykonu” bezpośrednio odnosił się do COVID-19. Poruszył w nim Pan wiele aspektów życia w świecie pandemicznych obostrzeń.

Robert Kasprzycki: „Wyznaczono mi z łaski podrzędną rolę kronikarza. Zapisuję (nie wiem, po co) dzieje oblężenia, choć nikt tu nawet nie wie, że zaczął się najazd”.

Poszedłem trochę na przekór zasadom tego challengu i zamiast napisać 16 linijek spróbowałem oprzeć się na wierszu, czy może mini poemacie Zbigniewa Herberta pt. Raport z Oblężonego Miasta. A że warunki zewnętrzne bardzo przypominały mi to, co napisał Herbert, spróbowałem z pomocą mojego Syna, Ignacego, stworzyć wersję nie tyle rapową, co melorecytowaną. Sądząc z odbioru – dość trafną. Mieszają się w tym wierszu: refleksja, nadzieja, sceptycyzm. Zresztą zapraszam do odsłuchania – piosenka nadal wisi na YT.

Jest Pan nie tylko muzykiem, ale także poetą. Czy podczas tego trudnego roku zdarzało się Panu pisać na temat pandemii?

Robert Kasprzycki: Poza wymienionym Raportem z Oblężonego Świata praktycznie nie dotykałem tematu. Myślę, że konkurencja w tej mierze była ogromna, a zresztą sam Covid jest trudny do ugryzienia. W pewnym sensie o pandemię zahacza jeden wiersz, który sam mi się napisał, kiedy patrzyłem przez okno na bawiące się dzieci, ale unikałem samego słowa „covid  / wirus/ pandemia”. Poza tym nie widziałem powodu, żeby tego skurczybyka uwieczniać jeszcze słowem, skoro zabrał mi półtora roku życia. Nie tylko artystycznego.

Zobacz:   XI Ranking Miast rozstrzygnięty. W 2020 roku to Gorzów Wielkopolski, Lublin i Opole najsprawniej wydawały decyzje administracyjne

***
Patrzę ze swego okna na bawiące się dzieci
Dla nich ten czas będzie jak biblijny potop
Jak coś co się zdarzyło bo zdarzyć się mogło
Jak króciutki zapisek na samym początku
Jak sen krótki w gorączce pod spoconą kołdrą
Z którego szybko budzisz się i patrzysz w ciemność
Nie wiedząc czy to jawa czy jawy powidok
Dla nich to wszystko przemknie jak ptaki nad głową
Jak klucz wirujący przed późnym odlotem
Jak ciężka chmur lawina nad zgrudziałym polem
Dla nich to będzie przeszłość jak przyszłości zręby
Może zapamiętają dzień bo to urodzin
Dzień Poli albo Lenki a może Antosia
I zabrakło cukierka na trzecią kolejkę
Choć pięcioro ich dziś tylko do przedszkola przyszło
Ale łzy się polały jak ten potop wielkie
(Łzy w dzieciństwie jak wiemy inny mają ciężar)
Zatem jakże rozważyć czy czas apokalips
Który my rozumiemy a one nie bardzo
Większą dla nas jest próbą niż dla nich nadzieją
Na to że jutro Ignaś też ma urodziny   
/Robert Kasprzycki/

Pisze Pan wiersze, teksty piosenek, ale także felietony. W kwietniowym numerze Tygodnika Powszechnego ukazał się Pański tekst  pt. Ludożerka z ludzką twarzą, stanowiący swego rodzaju pożegnanie Krzysztofa Krawczyka…

Robert Kasprzycki: Ano, z Tygodnikiem współpracuję od dłuższego czasu. Pisywałem tam początkowo recenzje płyt, a pewnego razu poproszono mnie o napisanie epitafium dla Wojciecha Młynarskiego. Na tyle dobrze udało mi się ująć fenomen Poety, że przeszło to w pewien cykl, który na własny użytek nazwałem Co rok prorok. Znaleźli się w nim m.in. Wojtek Bellon, Peter Gabriel, Grzegorz Ciechowski, David Bowie, Cat Stevens, Johnny Cash, Robert Brylewski, Kora Jackowska, Marcin Świetlicki. Później zrobiłem sobie przerwę, a odejście Krzysztofa Krawczyka dało asumpt do ponownego wejścia w świat tej, że tak to ujmę, eseizującej felietonistyki.

Wróćmy do lżejszych tematów. Kilka tygodni temu zapowiedział Pan drugi sezon Słów Łowienia (vlog muzyczny). Dla kogo przeznaczony jest ten cykl?

Robert Kasprzycki: Dla słuchających i piszących. Pierwszy sezon Słów Łowienia był próbą połączenia warsztatu muzycznego pokazującego, jak się gra moje piosenki, a także,  jak się pisze piosenki i jaką rolę może we własnym pisaniu odegrać dobry wzór. Stąd postaci Okudżawy, Cohena czy Czyżykiewicza – moich mistrzów. W sezonie drugim myślę, że głębiej wejdę w sam proces pisania. Ale też pokażę kilka bardziej skomplikowanych piosenek własnych.

Zobacz:   Dzień Edukacji Narodowej 2021. Obchody w Zielonej Górze
Koncertowanie „na żywo” w ubiegłym roku zastępowały liczne wydarzenia on-line. Zdarzało się Panu grać tego typu recitale.

Robert Kasprzycki: Owszem. Ale bez większej ekstazy – grasz do kamery, bez odzewu, bez bezpośredniego przełożenia na reakcję ludzi. A po to zacząłem grać, żeby być z ludźmi! Zresztą wpadłem na taki patent – zachęcałem ludzi do oglądania tych koncertów z przyjaciółmi; przy kieliszku wina; tak jakby wpadli na mój koncert do klubu. I przyznam, że bardzo to pomagało w przejściu tej godziny czy dwóch.

Lockdown, zdaniem niektórych artystów, miał swoje pozytywne strony: pisanie tekstów i muzyki, realizacja nagrań, kończenie płyt. Jakie są Pańskie odczucia względem wszystkiego, co zadziało się w kulturze i sztuce w ostatnim roku?

Robert Kasprzycki: Jako szczery sceptyk rzeknę, że to taka post-traumatyczna racjonalizacja – jakieś tam wytłumaczenie trzeba sobie było znaleźć. Covid był masakrą, głównie w sferze obiegu informacji, lockdown – młotem, który spadł na nasze głowy. Uzmysłowił artystom, czy szerzej ludziom zajmującym się rozrywką, jak jesteśmy nieistotni, nieważcy, jak daleko znajdujemy się w kolejce do karmy – jeśli komuś udało się przejść przez traumę, bo miał zaplecze finansowe – świetnie.

Uważam jednak, że lockdown zakłócił obieg – nagle muzyka znalazła się na samym końcu, koncerty okazały się kaprysem nielicznej grupy, a muzycy okazali się, z perspektywy „rynku” – jakąś nieliczną enklawą niepoważnych ludzi. Co paradoksalne, udało mi się w tym czasie nagrać płytę, i to w dwa tygodnie, jednak sama aura wokół była zabójcza.

Recepta na psychiczne przetrwanie tego szaleństwa? Zawsze pytam o taki prywatny lek antycovidowy.

Robert Kasprzycki: Dla mnie lekiem antycovidowym był mój kot – Imbir. Jego filozoficzna postawa, pełna spokoju, melancholijnego pogodzenia z losem oraz radość znajdywana w zabawie z wypchaną myszką na sznurku były fantastycznym. Poważnie mówiąc – bardzo się zżyliśmy rodzinnie. Skazani na siebie zaczęliśmy się jeszcze bardziej lubić. Graliśmy w gry, oglądaliśmy filmy, gotowaliśmy razem. Rodzina – proszę Państwa – to jest siła. (uśmiech!)

Dziękuję za rozmowę.

Co o tym sądzisz? Dodaj komentarz